Bunt.

Słabo ze mną ostatnio, brak weny do pisania i brak tematów.

Dodatkowo nowe projekty, wyzwania, cele plus piękna pogoda i przy tym mega bunt, który przechodzi moja córa doprowadził do totalnego wyczerpania.

Zaczęłam tracić grunt pod nogami.

Buntowniczy okres mojego dziecka spędzał mi sen z powiek i szczerze wszystko inne przestało się liczyć. Nie jest to jej pierwszy bunt i zapewne nie ostatni, ale tym razem już przeszła samą siebie. Zmusiło mnie to dużej konsekwencji i generalnie był to ciężki czas w Naszej relacji. Nie było chyba dnia który nie kończyłby się płaczem.

W mojej głowie znów kłębiło się tysiąc myśli, że zawiodłam jako matka, że nie potrafię poradzić sobie z własnym dzieckiem, że coś poszło nie tak, że gdzieś poległam. Dodatkowo jeszcze dochodziło nakręcanie samej siebie ze jestem znów z tym wszystkim sama.

Ciężko o jakikolwiek optymizm i spokojną głowę w takich momentach. Nawet jeśli pozytywne nastawienie pojawiało się każdego poranka, to bardzo szybko „czar pryskał”. Mimo to każdego wieczoru starałam się poukładać własne myśli, przeanalizować co zrobić by to przetrwać i kończyłam z nadzieją, że w końcu ten okres minie.

Znacie to uczucie kiedy nie poznajecie własnego dziecka i czujecie się całkowicie bezradne? Zapewne nie jestem odosobniona w tych odczuciach, ale naprawdę ciężko było mi to przetrwać.

Czasami przez to, że wszystkie problemy i obowiązki spoczywają na Nas jako na matkach, zapominamy o szczęściu w trakcie przygody jakim jest macierzyństwo, a czas tak szybko ucieka, dzieci tak szybko rosną. Dzisiejsze problemy już za kilka miesięcy nie będą miały jakiegokolwiek znaczenia. Nasze dzieci tylko raz mają pół roku, rok, 2, 3 itd. a my wciąż zbyt mało doceniamy etapy jego rozwoju, bo skupiamy się na problemach zamiast na rozwiązaniach. Bo nie doceniamy danego Nam czasu i jest to całkiem zrozumiałe. Bo jak można się czymkolwiek cieszyć skoro dziecku ewidentnie nic nie pasuje?

Z racji moich przemyśleń przypomniał mi się tekst, który napisałam w listopadzie 2016 roku na pewnym forum dla mam:

„Chciałam się z Wami czymś podzielić taką refleksją która mnie naszła. Dzień jak co dzień rano ubieranie pośpiech z wózkiem, żeby zdarzyć do pracy, potem pełno pracy napięcie stres. Powrót do domu zimno targa w domu urywają się telefony, ciągle ktoś coś chce wiszę na telefonie i latam za córką, która dzisiaj ewidentnie ma gorszy dzień, chyba idzie kolejny ząb, co chwile płacz wariacja. Nadchodzi wieczór kąpiel w wanience i szykowanie do spania nie może zasnąć bo ją boli… w końcu się udaje zasypia. Leżę chwilę razem z nią, czekam aż głęboko zaśnie. Po 20 minutach w końcu postanawiam wstać i się wykąpać. Tak o tym marzyłam po całym ciężkim dniu, jedyne czego pragnę to zanurzyć się w wannie. I co wchodzę ledwo siadam gorąca woda się leje błogo się robi, a tu nagle płacz dobiegający z pokoju… mała przylatuje do mnie zapłakana. Oczy czerwone osmarkana cała. Płacze tak przeraźliwie, że biorę szybki prysznic żeby jak najszybciej zabrać ją do łóżka. Jestem zmęczona, smutna i zła, że nawet takie małe marzenie jak kąpiel nie może się spełnić. I myślę sobie wtedy, że takie momenty są najgorsze w samotnym macierzyństwie i że nie mam nawet chwili dla siebie. Kładę ją tule… w końcu zasypia. I nagle moja bezsilność zmienia się w coś zupełnie innego. Dociera do mnie nagle jakie mam szczęście że jestem jej tak potrzebna. Że beze mnie nie wróci do łóżka i nie zaśnie. Za parę lat całkiem niedługo wezmę sobie spokojna kąpiel, nikt mi nie będzie płakał nad uchem i będzie pusto, tak przeraźliwie pusto. Nikt mnie nie będzie potrzebował. Dlatego mimo wszystkich przeciwności dziewczyny cieszmy się z tego co jest tu i teraz, bo nigdy nie wróci. Pozdrawiam ”

Od tamtego postu minęło półtorej roku i powiem Wam, rzeczywiście już nikt nie płacze jak pójdę się kąpać. Ewentualnie przyjdzie i będzie się na mnie patrzyć i zagadywać. Na cisze, co prawda też nie ma co liczyć, ale to prawda czas ucieka.

I jak myślicie pamiętam jej humorki z tamtego dnia? Oczywiście, że nie. Ale pamiętam za to wszystkie piękne chwile razem spędzone. Tysiące wspólnych uśmiechów, wygłupów, śpiewu, tańca, przytulania troski i miłości. Tak bardzo się cieszę, że szybko zapomina się o tym co złe to daje nadzieje na to, ze będzie lepiej.

Każdy moment w macierzyństwie jest ciężki i piękny jednocześnie. Trudne dni kiedyś w końcu miną, a dobre wspomnienia zostaną w naszych sercach na zawsze. Dlatego cieszmy się i doceniajmy czas spędzony z Naszymi dziećmi, bo to co jest dzisiaj wydarzy się tylko dzisiaj. A możliwe, że przy kolejnym buncie mojej córki zatęsknię za tym ostatnim. Trudne momenty po prostu trzeba przetrwać i wierzyć, że jest światełko w tunelu i można z niego wyjść.

Miejcie dobry dzień!

3_White_logo_on_color1_241x66

Niewykorzystane szanse

Nie korzystamy z uroków życia to jest niezaprzeczalny fakt. Żyjemy w rutynie praca, dom, obowiązki. Uciekają nam godziny, dni, miesiące, lata. Wciąż bezustannie na coś czekamy, do czegoś dążymy. Zamiast widzieć możliwości, widzimy przeciwności.

I nagle bum! Orientujemy się, że mija kolejny rok, że dzieci obchodzą kolejne urodziny, że są kolejne Święta, kolejne lato… i wtedy właśnie przychodzi czas refleksji. Zastanawiamy się kiedy to tak szybko minęło?! I niestety w większości przypadków okazuje się, że nic szczególnego nie wydarzyło się przez ten czas w naszym życiu. A każdej mamie robi się smutno, że ich dzieci tak szybko urosły i że ten czas już nie wróci i nie da się go cofnąć.

Najgorszy jest jednak moment w którym dochodzimy do pewnego wieku i orientujemy się, że przez ostatnie 10, 15 czy 20 lat naszego życia nie wydarzyło się nic szczególnego, nic z czego moglibyśmy być dumni. Pracujemy w pracy, która nie daje nam satysfakcji, żyjemy w związkach bez uczuć, widzimy jak nasze dzieci „wyfruwają z gniazda”. Oddychamy, funkcjonujemy ale tak naprawdę nie żyjemy. I nagle nie możemy złapać tchu, co teraz?

Ile szans straciliśmy, ile razy przez strach nie rozwinęliśmy swoich pasji czy naszego pomysłu na biznes. Ile razy za dużo przejmowaliśmy się opinią innych, która teraz już nie ma żadnego znaczenia.

A gdybyśmy zadali sobie to pytanie już dziś? Nie ma granicy, kiedy można zacząć prawdziwie żyć.

will you be

Nie lubisz swojej pracy? Zrób coś żeby sprawiała Ci mimo wszystko przyjemność. Doceniaj, że dzięki niej masz pieniądze, nawet nie są do końca satysfakcjonujące. To dają Ci możliwość żeby mieć na opłaty i najpotrzebniejsze rzeczy. A jeśli rzeczywiście nie potrafisz znaleźć żadnej satysfakcji, zmień ją.

Buduj relacje. Z życiowym partnerem, z dziećmi. Pozwól sobie poczuć znów tą wyjątkowość jak na początku. Jeśli masz małe dzieci, doceniaj każdy kolejny etap ich rozwoju bo już nie wróci. Szukaj dobrych stron we wszystkim co Cię spotyka. Każdy dzień może być wyjątkowy.

Kreuj siebie, rób coś dla siebie, rozwijaj się. Zastanów się w jakim punkcie jesteś i czego pragniesz. I zacznij dążyć do tego, co da Ci satysfakcję.

Nie przejmuj się innymi, ich zróżnicowana opinia będzie zawsze i zawsze znajdzie się ktoś komu Twoja droga nie będzie się podobać, ale pamiętaj to Twoje życie. Żyjesz przede wszystkim dla siebie.

Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj. Nie odkładaj swojego życia na później. Masz je tylko jedno, więc musisz je maksymalnie wykorzystać

A na zakończenie ze względu na zbliżającą się majówkę życzę Wam żebyście wykorzystali ten czas maksymalnie. Niezależnie od tego, czy pracujecie w dniach między Świętami czy nie, znajdzie coś co da Wam trochę odetchnąć od codzienności i sprawcie by te dni były szczególne.

Udanej majówki!

3_White_logo_on_color1_241x66

To w końcu wada, czy zaleta?

Niedawno odbyta rozmowa z kolegą natchnęła mnie do napisania tego tekstu, dzięki Wojtek 😉

Wiecie, że każda praktycznie cecha naszego charakteru, osobowości ma dwoistą naturę. Na rozmowach kwalifikacyjnych często zadawane jest pytanie na temat jednej bądź dwóch cech, które jednocześnie bywają naszą i wadą i zaletą. Wiele osób bardzo często ma problem z odpowiedzią na to pytanie. Wydaje mi się, że warto się nad tym głębiej zastanowić. Sama zorientowałam się po tej rozmowie, że nie doceniam swoich własnych cech, ponieważ uważam je za coś oczywistego. „Jestem jaka jestem”, tak zawsze sobie myślimy. Przez to właśnie nie zauważamy naszych zalet. Negujemy je w każdej postaci albo nawet ich nie zauważamy.

Generalnie rzecz biorąc większość naszych cech ma i pozytywne i negatywne strony.

Oto kilka przykładów:

  • Upartość  plus: dążenie do celu; minus: ciężko „go/ją” do czegokolwiek przekonać,
  • Punktualność plus: wywarcie dobrego wrażenia w kontaktach biznesowych, z bliskimi; minus: duży stres przeżywany w związany ze spóźnieniem
  • Odpowiedzialność plus: nie traktowanie lekceważąco różnych sytuacji; minus: zbyt wysokie poczucie odpowiedzialności np. w pracy prowadzi do ogromnego stresu, nie możemy myśleć o czymkolwiek innym, spać po nocach,
  • Perfekcjonizm plus: dobrze wykonane zadanie; minus: strata dużej ilości energii, często zupełnie niepotrzebnie,
  • Asertywność plus: konsekwencja działań, minus: oziębłość w kontaktach nr. Z bliskimi,
  • Szczerość plus: uznanie w otoczeniu, minus: sprawia wrażenie bezczelnego lub aroganckiego
  • Empatia plus: zrozumienie dla innych ludzi; minus: zbyt duże przywiązywanie wagi do tego, co pomyślą sobie inni,
  • Gadatliwość plus: pomaga w nawiązaniu kontaktów; minus: można sobie narobić problemów mówiąc coś w nieodpowiednim miejscu i czasie.
  • Bezinteresowność plus: własna satysfakcja; minus: może zostać wykorzystanym,
  • Opiekuńczość plus: pomoc innym; minus: nadopiekuńczość, która może być toksyczna
  • Gniew plus: możliwość wyrażenia swoich emocji, minusy: krzywda emocjonalna innych osób
  • Krytyczny plusy : sceptycznie patrzący na daną sytuacje; minus: może słowami szkodzić sobie i innym.

Cech charakteru i osobowości jest oczywiście dużo więcej, ale chciałam Wam tylko pokazać pewny schemat. Myślę, że po przeczytaniu tych przykładów wnioski same się nasuwają, interpretacja danych cech i to jak je wykorzystacie zależy od Nas.

Trzeba przede wszystkim pamiętać, żeby te wszystkie cechy, uczucia, przeżycia wyrażać z umiarem tak, by nie stały się toksyczne ani dla Nas ani dla osób nas otaczających. Wszystko zależy od interpretacji danego uczucia i tego jak wykorzysta się dane cechy do tego, żeby stały się zaletami.

Jeśli np. jesteś uparta to staraj się wykorzystać to w sytuacjach gdzie wymagany jest upór np. realizując jakiś projekt, do rozwijania swojej pasji, w dbaniu o zdrowie i sylwetkę itd. Staj się jednak nie przekładać tego na każdą płaszczyznę swojego życia, bo Twoja upartość może psuć relacje z najbliższymi, ale także relacje w pracy, czy nawet zwykłymi znajomymi.

Jeśli natomiast starasz się zawsze być punktualna i nie lubisz się spóźniać to np. mocno doceni to Twój pracodawca, klient z którym współpracujesz czy znajomy. Niestety często przez swoje nastawienie i stres związany ze spóźnieniem, który spędza sen z powiek sama robisz sobie krzywdę. A w rezultacie okazuje się, że 5 czy 10 minut spóźnienia nie wywróciło ani Twojego, ani danej osoby świata do góry nogami i nic się takiego nie stało. A nerwy, które przy tym straciłaś nie były tego warte.

I tak generalnie jest z każdą cechą, więc jaki z tego morał? Doceniaj i pielęgnuj swoje cechy charakteru i osobowości. Dzięki temu będziesz po pierwsze bardziej je doceniać, po drugie bardziej je kontrolować, dzięki czemu będziesz miała na nie większy wpływ i to ułatwi Ci wiele spraw.

Na koniec prośba do każdej z Was i do każdego z Was, kto podejmie się przeczytania tego tekstu. W komentarzach wymieńcie proszę cechy, które możecie przypisać do swojej osoby, a nie zostały wymienione we wpisie i spróbujcie dopasować do nich plusy i minusy.

To może być dla Was niezła zabawa 😉 powodzenia. Całusy!

3_White_logo_on_color1_241x66

Stara JA vs. Nowa JA

        Nie oczekuje, ze mnie zrozumiecie. Ale chciałabym Wam przytoczyć pewną historię, moją historię. O tym jak w krótkim czasie można odmienić swoje życie zmieniając tylko i wyłącznie nawyki swojego myślenia.

Gdy przypomnę sobie siebie, nawet sprzed pół roku widzę dziewczynę pełną wewnętrznych frustracji i negatywnych emocji. Która szukała zrozumienia w całym tym dziwnym świecie. Przytłoczoną codziennymi trudnościami i różnymi wydarzeniami w życiu. Każdy kto mnie dobrze zna wie, ze z „natury” byłam/jestem realistą (niektórzy uważali, że nawet pesymistką), generalnie zawsze dużo narzekałam i marudziłam. Tyle, że tą „ciemną stronę” znały tylko najbliższe mi osoby. Bo pozornie do ludzi byłam zawsze otwarta, uśmiechnięta, z dystansem do siebie i poczuciem humoru. Taki paradoks same wiecie tutaj radosna, a we wnętrzu pełna negatywnych emocji, taka maska. Nie jedna z Was ją przybiera każdego dnia, więc myślę, że nie trudno Wam to zrozumieć.

Od niedawna jednak czuje jakbym narodziła się na nowo. Czasem czuje się jakbym miała rozdwojenie jaźni serio. A wszystko zaczęło się niepozornie pewnego listopadowego dnia, kiedy to córka znów zaczęła chorować. Byłam strasznie wściekła, bo ostatnie pół roku poświęciłam głównie na to, żeby wzmacniać jej odporność, włożyłam w to naprawdę dużo czasu i energii, a „sezon” się zaczął i znów to samo. Dodatkowo miałam pewne plany, które oczywiście musiałam porzucić w związku z jej chorobą. Czułam, że po raz kolejny zawiodłam jako matka. Miała już wizję kolejnych miesięcy „wyjętych” z życia opartych wyłącznie na chorobach małej, problemach i stresach związanych z pracą, kolejnych dniach siedzenia w domu, frustracji i bezradności. Wierzcie mi większość z Was nie ma pojęcia jak okropne jest to uczucie. Przeżyłam to rok wcześniej i naprawdę z całych sił nie chciałam tego powtórzyć w tym roku. Sama się wtedy też mocno rozchorowałam. Dziś wiem że wpływ naszego zdrowia psychicznego, ma bardzo duży wpływ na zdrowie fizyczne. Wtedy nie miałam o tym pojęcia, byłam w naprawdę złej kondycji psychicznej, a przez to i fizycznej. Odbijało się to także na mojej relacji z córeczką.

Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak wiele złych rzeczy mi się przytrafia. Czemu tak wiele złego dzieje się w moim życiu. Rzeczy których tak bardzo nie chcę ciągle się pojawiają. Przypomniałam sobie wtedy, jak kiedyś moja przyjaciółka powiedziała mi o filmie SEKRET i prawie przyciągania. Pamiętam , że nawet razem go oglądnęłyśmy, później nawet troszkę stosowałyśmy się do rad zawartych w tym filmie, ale w rezultacie nie dawało to żadnych skutków i temat się skończył. Dzisiaj wiem, że po prostu zabierałam się do tego w zły sposób. Wracając jednak do tematu postanowiłam, któregoś wieczoru oglądnąć na nowo ten film, przypomnieć sobie jego treści. Oczywiście bez problemu go znalazłam. Zanim go jednak włączyłam moją uwagę przykuł inny filmik, który pojawił się w propozycjach YouTube. Kliknęłam w niego i to jedno kliknięcie odmieniło całe moje życie. Wiem, że brzmi nieprawdopodobnie, ale tak właśnie było. Czy to nie jest paradoksalne, że jedna podjęta decyzja w życiu potrafi zmienić tak wiele?

Filmik nosi tytuł:  Prawo Przyciągania „Sekret” Jak naprawdę działa i czego Ci nie powiedzieli. Cały czas, każdego dnia jestem wdzięczna autorowi tego filmiku – Gracjanowi za to, że tamtego pamiętnego dnia uświadomił mi co robię źle. Ten jeden filmik zapoczątkował wielkie zmiany w moim życiu. Oczywiście to wszystko nie jest takie proste i nie dzieje się za dotknięciem czarodziejskiej różki. To ciężka codzienna praca nad sobą, swoim rozwojem. Każdego dnia musiałam uczyć się myśleć na nowo, zmieniać swoje schematy. Zaczęło się powoli na początku od skupiania i wizualizowania sobie tego, czego pragnę. Codziennie ile mogłam poświęcałam nauce świadomości, afirmacją, puszczałam sobie wiele motywacyjnych filmików, które dawały mi siłę do działania. Robię to cały czas, codziennie. Musiałabym długo jeszcze pisać o tym jaką drogę przeszłam przez te kilka miesięcy i tak naprawdę wciąż przechodzę. Dlatego też co jakiś czas powstają pojedyncze wpisy, które po kawałku opisują daną tematykę.  Nadal uważam, że jeszcze niewiele wiem, bo czym jest niecałe pół roku w porównaniu z dotychczasowym życiem. Są to dopiero początki, ale każdego dnia robię coś w kierunku, żeby się rozwijać i czuje się coraz pewniejsza w tym wszystkim. Wiecie jak fascynujące staje się życie, kiedy co chwilę odkrywa się coś nowego o czym wcześniej nie miało się wcześniej pojęcia.

A wiecie dlaczego czasem czuje się jakbym miała rozdwojenie jaźni? Bo bywają dni, że wraca Stara JA, schematy którymi myślałam przez wiele lat. Nie jest tak łatwo się zmieniać, trzeba włożyć w to naprawdę dużo pracy nad samym sobą. Dlatego też czasem mam gorsze dni i brak mi energii, optymizmu. Sama łapie się na tym, że znów marudzę, albo zaczynam źle myśleć. Na szczęście z tzw. spadków formy dużo szybciej wychodzę niż wcześniej. Naprawdę bardzo polubiłam tą nową wersje mnie i jej podejście. Z nowym nastawieniem żyje mi się po prostu lżej. Dlatego chętnie wracam do tych stanów. Mam nadzieje, że któregoś dnia ten wewnętrzny zgrzyt się skończy. Czuje, że jestem na dobrej drodze żeby tak się stało.

Teraz czas na kilka moich rad dla Was:

  1. Starajcie się skupiać na tym czego pragniecie i chcecie, a nie na tym co Was ogranicza.
  2. Uważnie wybierajcie to o czym myślicie i jak myślicie.
  3. Pracujcie nad sobą i swoim nastawienie, to jak postrzegacie świat zależy tylko i wyłącznie od Was samych.
  4. Od momentu, kiedy wstajecie bądźcie twórcami waszych myśl i nastawienia, programujcie się pozytywnymi myślami, chwalcie siebie, ten dzień, bądźcie wdzięczne.
  5. Pomagajcie, kiedy tylko macie okazję to naprawdę leczy duszę.
  6. Nie skupiajcie się na swoich żalach, bólach, tylko wyciągajcie wnioski czego Was to nauczyło i co wniosło do Waszego życia.
  7. Pozwólcie żeby negatywne myśli Was opuszczały, ale nie brońcie się też przed tym. Prędzej czy później one i tak się pojawią i będą próbowały zmienić Wasze nastawienie. Ale same zobaczycie, że już wiecie jak sobie z Nimi radzić.
  8. Polubcie i zaakceptujcie siebie, szczególnie swoje wnętrze. Swoje dobre i złe cechy, nie próbujcie zmieniać się na siłę.

To chyba tyle na dzisiaj. Ten wpis powstaje po to, żeby Wam pomóc, generalnie cały blog jest po to by Was wspierać. Wychodzę z założenia, że jeśli miałby to pomóc choć jednej osobie to warto. Przez pryzmat mnie samej wiem, że też kiedyś tego potrzebowałam. Pamiętajcie, że jestem otwarta na Was, możecie do mnie pisać. Każdemu spróbuję pomóc w miarę możliwości i wysłucham. Dysponuje małą ilością wolnego czasu, ale postaram się być z Wami, kiedy tyko to będzie możliwe.

Na sam koniec chciałam podziękować jeszcze raz Gracjanowi, który zresztą zgodził się osobiście, żeby o Nim napisać. Niesamowity człowiek z niesamowitą wiedzą. Z takich osób biorę przykład, tacy ludzie mnie inspirują. A Wam życzę, żebyście też znalazły w swoim życiu takie inspiracje. Pozdrawiam Was gorąco i życzę dobrego, spokojnego wieczoru.

3_White_logo_on_color1_241x66

Prawdziwy dom – prawda czy fikcja?

Dzisiejszy wpis będzie dość krótki.

Przeglądając fora internetowe zauważam, że bardzo często Wy mamy macie do zarzucenia sobie, że Wasze dziecko/dzieci nie wychowują się w pełnej rodzinie. Obwiniacie się za to, na co nie miałyście i nie macie wpływu. Okłamałabym Was gdybym stwierdziła, że mnie to nie dotyczy. Swego czasu też miałam do siebie o to żal. Frustracja była tym większa, kiedy widziałam ojców odbierających swoje dzieci z różnych placówek lub bawiących się z Nimi na dworze, albo w momencie, gdy córka pierwszy raz powiedziała: „Baka nie ma taty”. To są momenty, które naprawdę bolą.

Ale czy naprawdę uważacie, że przez to że jesteście same z dziećmi to jesteście gorsze? Bardzo często słyszę określenie : „ Nie stworzyłam swoim dzieciom prawdziwego domu”. Co według Was kryje się pod pojęciem PRAWDZIWEGO DOMU? To rzeczywiście musi być pełna rodzina? Napisze Wam w tej kwestii tylko jedno…

Nie w jednej pełnej rodzinie dziecko marzy o otrzymywaniu takiej dawki miłości jaką Wy dajecie swoim dzieciom same. Zastanowiłyście się kiedyś nad tym ile troski, opieki wkładacie w to, żeby Wasze pociechy nie odczuły tego braku? Wiem, że w każdej chwili dajecie z siebie 100% i wkładacie w to całe swoje serce. Wiem, bo sama tak robię i chce, żeby córce nigdy niczego nie brakowało.

Nie zamierzam tutaj oczerniać „tatusiów” bo nie na tym mi zależy. Ale naprawdę w większości takich historii Wasze rozstanie wyszło dzieciom na dobre.

Wierzcie mi lub nie, ale osobiście uważam, że wychowywanie się w pełnej, jak i niepełnej rodzinie ma wiele plusów i minusów.

Najważniejsza jest miłość, a dziecko wychowywane w miłości prędzej czy później to zrozumie. Możliwe, że będzie to jak będzie miało kilka lat, może kilkanaście, a może dopiero jak będzie dorosłe. Ale kiedyś na pewno, ja w to wierze i wierze, że zrozumie kiedyś samo, dlaczego to wszystko wygląda teraz tak, a nie inaczej.

Pamiętajcie dla Waszych dzieci jesteście wzorcem do naśladowania i to od Was zależy jak ten wzorzec będzie wyglądał.

Spijcie dobrze. Spokojnej nocy buziaki!

3_White_logo_on_color1_241x66

Wygoda, czy realizacja? A Ty co wybierasz?

Strefa komfortu temat Wam znany czy niekoniecznie? Na pewno bardzo popularny ostatnimi czasy i często wykorzystywany. Choć wydaje mi się, że nie do końca rozumiany przez większość osób.

Prostymi słowami „nasza strefa komfortu” jest strefą dla Nas bezpieczną, naturalną. Cechują ją pewne nasze nawyki, coś co przychodzi nam łatwo i niczego nadzwyczajnego od Nas nie wymaga.

A co kryje się pod pojęciem „wychodzenia ze swojej strefy komfortu?” Najczęściej określa nasze obawy, strach. Kiedy musimy zrobić coś, co wydaje się dla Nas nienaturalne, dziwne, a czasem nawet Nas przeraża. Dla każdego będzie to coś innego, ale przede wszystkim można poczuć to „wyjście”, gdy tracimy pewny grunt pod nogami, nie jesteśmy pewni swego. Odwrotność poczucia bezpieczeństwa, wygody.

Ja doświadczyłam wyjścia ze strefy swojego komfortu dość mocno całkiem niedawno. W momencie, kiedy stanęły przede mną nowe wyzwania i projekty. Pierwszą taką rzeczą było założenie bloga, a kolejną praca w internecie i marketing sieciowy. Zrozumiałam wtedy, jak trudne jest dla mnie „pokazanie się”. Przełamanie swoich lodów, wyście przed szereg. Miałam swoją wizję, wiedziałam, co chce przekazać innym. Jednocześnie okazało się, (kiedy w końcu myśli zamieniłam w ich realizację) jak bardzo przejmuje się opinią innych. Szczególnie tych z mojego najbliższego otoczenia. Zrozumiałam również jak duży wpływ ma na mnie ich zdanie i jak często właśnie to kreowało moje dotychczasowe życie. I nie zrozumcie mnie źle niczego, co dotychczas się wydarzyło w moim życiu nie żałuję. Wszystkie wydarzenia doprowadziły mnie do miejsca w którym jestem właśnie teraz. Ale od kiedy postawiłam na samorozwój zauważyłam, że moje życie nie kończy się na pracy na etacie, wychowywaniu córki, codziennych obowiązkach i szukaniu odpowiedniego partnera. Zaczęłam czuć, że mam jakiś niewykorzystany wewnętrzny potencjał. Było to coś w rodzaju przebudzenia.

Generalnie wcześniej wydawało mi się, że robię to co chcę. A tak naprawdę siedziałam sobie wygodnie w swojej strefie komfortu, gdzie byłam akceptowana przez społeczeństwo i kompletnie nie zauważałam, że nic szczególnego nie dzieje się w moim życiu . Wydawało mi się, że wszystko jest ok, że jestem zadowolona. Dopiero, gdy podjęłam decyzję, że chciałabym w życiu robić coś więcej, przekazać coś Wam, spełniać się i rozwijać zauważyłam jak wiele moich własnych słabości przede mną i jakie to wszystko dla mnie trudne.

Zrozumiałam wówczas jak bardzo boję się krytyki i jak bardzo przeżywam ten fakt. Niby powtarzałam sobie, że żeby coś osiągnąć muszę działać. Niby powtarzałam sobie, że jeśli komuś coś nie pasuje nie musi mnie obserwować. Ale wciąż gdzieś z tyłu głowy był strach. Wiedziałam tylko jedno, że jeśli dam się tym moim obawom i lękom to nigdy nic więcej nie osiągnę.

I paradoksalnie w momencie, kiedy postanowiłam napisać ten tekst, na stronie Kamili Rowińskiej pojawił się materiał o tym „Jak przestać martwić się opinią innych”. Czy to przypadek? Nie wiem. Wierzę, że nic w naszym życiu nie dzieje się bez przyczyny. Dziś oglądnęłam ten materiał i wiecie naprawdę mi pomógł.

Bo prawda jest taka, że nie robię nikomu krzywdy tym, że próbuję coś zmieniać w swoim życiu, więc po co się tym przejmuje? Jeszcze się taki nie urodził, żeby każdemu dogodził. Kolejna sprawa jest taka, że tak jak już kiedyś pisałam większość ludzi patrzy na świat przez swój własny pryzmat. Tego w jakich warunkach dorastał, czego doświadczył itd. Dlatego nie ma szans na to, żeby wszyscy popierali moją wizje. Przykładów, które wymieniała Kamila było wiele, mogłabym pisać o nich bez końca, ale nie o to przecież chodzi. Jeśli masz podobne obawy, po prostu znajdź ten materiał.

Mi bardziej zależy żeby podsumować to wszystko, a morał jest taki. Krytyka będzie mi towarzyszyła przez cały okres mojego życia. Szczególnie jeśli postanowię robić coś ponadprzeciętnego. Wierzę głęboko w to, że mogę się rozwijać i wyrażać siebie. Wiem, że będą osoby, które będą mnie wspierać w tym co robię, ale znajdą się i takie które będą mi podcinać skrzydła.

Mimo wszystko uważam, że warto. Przez ostatnie kilka miesięcy, nauczyłam się więcej niż przez chyba ostatnie 5 lat mojego życia. Dlatego popieram wychodzenie ze swojej strefy komfortu i zmiany. Bo daje nam to naprawdę wiele nowych możliwości odkrywania siebie, pozwala walczyć ze swoimi słabościami. Wszystko dzięki temu wydaje się bardziej ekscytujące, bo jest nowe i nieznane. Wszystko to sprawia, ze odkrywasz siebie swoje możliwości i czujesz się bardziej szczęśliwa.

Serdecznie namawiam Was do wypróbowania tego, bo warto warto warto! Mam nadzieje, że ten wpis w jakiś sposób Was zainspiruje do Tworzenia własnej historii. Arystoteles powiedział : „Jeżeli chcesz uniknąć krytyki: nic nie mów, nic nie rób, bądź nikim.” i ja się pod tym podpisuję rękami i nogami.

Całuje Was mocno i życzę miłego wieczoru!

3_White_logo_on_color1_241x66

O zgrozo znów choroba!

Dzisiaj będzie o chorobach dzieci. Temat na topie, ale również trudny dla wielu rodziców. Z perspektywy mamy samotnie wychowującej dziecko uważam, że dla tych rodziców jeszcze trudniejszy.

Większość z Nas pracuje i często „walczy” o to by utrzymać swoje stanowisko pracy. Choroba dziecka wiąże się z dodatkowym stresem w sferze zawodowej. Mi osobiście to spędzało sen z powiek. Dodatkowo dochodzą problemy finansowe, pieniądze za które trzeba pokryć leczenie dziecka. Oraz bezradność z którą ciężko sobie poradzić, bo nie potrafi się pomóc własnemu dziecku, które cierpi. Dochodzi jeszcze brak pomocy i „uwiezienie” w domu które też w niczym nie pomaga.

Ile razy w takim czasie zdarzyło Ci się pomyśleć: dlaczego akurat ja? Dlaczego mnie to spotyka? Czym sobie zasłużyłam? Ile jeszcze mam znieść? I wiele innych…

Doskonale wiem o czym piszę i jak ciężki i frustrujący bywa ten czas. Sama przechodziłam go wielokrotnie i wiecie czego się nauczyłam? Żeby się nie poddawać i przede wszystkim nie dać się tym negatywnym myślą.

Zaczęłam uczyć się, próbować rożnych metod wzmacniania odporności mojej córki ( z większym lub mniejszym skutkiem). Dodatkowo działać w momencie, gdy zauważałam jakiekolwiek pierwsze objawy przeziębienia. Dziś widzę sama, że to przynosi rezultaty, bo córka coraz szybciej wychodzi z choroby i coraz mniej choruje. Włożyłam w to naprawdę wiele wysiłku i pracy, ale opłaciło się.

Dodatkowo zmieniłam troszkę całą perspektywę myślenia o chorobie. To wspaniała okazja do budowania wspólnej więzi. Mamy te kilka dni, by zatrzymać się w tej codziennej gonitwie i spędzić czas razem. Nawet jeśli ten czas polega na wspólnym leżeniu w łóżku, przytulaniu się i oglądaniu bajek. W końcu to Nasz mały kochany promyczek, który w tym czasie szczególnie Nas potrzebuje.

Wiadomo, że dzieci w tym czasie bywają trudne i ciężko z Nimi wytrzymać. Ale po to właśnie jesteśmy, żeby je wspierać i być z Nimi. Nawet jeśli czasami zdarzy Nam się na nie krzyknąć i nie wytrzymać całej tej presji. To one wiedzą, że jesteśmy z Nimi.

Kolejny ważna rzecz, o której zapomniałam napisać to płacz. Płacz, jeśli masz potrzebę i nie bój się tego płaczu. Wyrzuć z siebie ten cały nagromadzony ból i strach. To naturalne, że się boisz i masz do tego prawo.

To samo tyczy się gniewu, masz prawo być zła na całą tą sytuacje. Tutaj musisz sama znaleźć sposób na radzenie sobie z Nim. Ja np. mocno i szybko tupię nogami, żeby się wyładować albo piszę bloga 🙂

Chciałabym, żebyście wiedziały, że nie jesteście z tym same. To nasza codzienność, musimy sobie z nią radzić i razem się wspierać. Zawszę można odnaleźć inny punkt widzenia w danej sytuacji.

W razie potrzeby służę pomocą na priv. Pozdrawiam Was gorąco!3_White_logo_on_color1_241x66

My – MATKI SAMOTNE.

Temat sam w sobie dość kontrowersyjny. Samotne, samodzielne jakkolwiek zwał wychowujące dzieci bez drugiego rodzica. Ja osobiście nigdy nie miałam problemu z określeniem samotna, ponieważ zupełnie się tak nie czuje, więc nie przykładam zbyt dużej wagi do tego określenia. Wiem jednak, że wiele mam razi określenie SAMOTNA i często zamieniają je na SAMODZIELNE albo na jeszcze inne nazwy.

Chciałabym jednak żebyście zwróciły uwagę na coś całkiem innego i zdały sobie sprawę z pewnego faktu. A mianowicie z tego, że NIKT NIGDY NIE ZROZUMIE WASZEJ SYTUACJI.
To smutne, czasem dobijające, ale im szybciej to zrozumiecie tym łatwiej będzie Wam się z tym pogodzić. Nie próbujcie nikomu nic udowadniać. Póki ktoś nie przejdzie się „w waszych butach” nigdy nie zrozumie tego co przeszłyście. Każda kobieta która wychowuje dzieci będzie bliżej tego by Was zrozumieć, ta która ma męża, ale pracuje on zagranicą i jest w domu np. tylko na weekendy będzie jeszcze bliżej, żeby Was zrozumieć. Samotnie wychowująca dzieci może utożsamiać się z Twoimi przeżyciami i myśleć, że rozumie Cię doskonale, ale nigdy przenigdy nie będzie w Twojej sytuacji. I nawet jeśli przeżyła i doświadczyła czegoś podobnego inaczej to odczuła.

Każda z Nas inaczej rozpoczynała swoją drogę z samotnym macierzyństwem. Jedna miała kiedyś męża, narzeczonego, chłopaka. Inna od początku wiedziała, że zostanie sama z dzieckiem. Jedna może liczyć na codzienne wsparcie rodziny, przyjaciół, a inna musi radzić sobie całkowicie sama. Jedna utrzymuje kontakt z ojcem dzieci, może liczyć na jego pomoc, drugiej te kontakty będą tylko dostarczały dodatkowych trosk. Jedna podjęła świadomie decyzje o tym, by samodzielnie wychowywać dzieci, inna została do tego zmuszona.

Sytuacji jest tysiące i każda się od siebie różni. Dlatego nie oceniacie siebie nawzajem, nie bądźcie ekspertkami, bo naprawdę nic nie wiecie o sytuacji danej osoby. I tyczy się to wszystkich ludzi na świecie, kobiet i mężczyzn. Tych co mają dzieci, ale też tych, którzy ich nie mają.

Ostatnio bardzo głośno zrobiło się w tematyce „hejtu” w internecie. Który jest od dawna, ale coraz bardziej zyskuje na sile. Coraz łatwiej przychodzi Nam krytyka i ocenianie. Osobiście nie widzę nic złego w wyrażaniu swojej opinii na dany temat czy w danej dziedzinie, można nie zgadzać się z kimś, ale jednocześnie można wyrazić to kulturalnie, nie obrażając nikogo przy tym. Zastanówcie się nad tym, zanim przyjdzie Wam do głowy kogokolwiek ocenić. W wielu przypadkach nie powinniście mieć nawet prawa żeby to robić, bo z jakiej racji?

Samotnym matkom wciąż przypina się pewne „łatki”. Nie będę ich teraz wymieniać, bo każda z Was pewnie usłyszała nie raz, któreś z określeń.

Samotne wychowywanie dzieci wciąż wzbudza wiele emocji mimo tego, ze liczba rozbitych rodzin rośnie z roku na rok.

TY i tylko TY wiesz ile przeżyłaś. Dziś już wiesz jak silna jesteś, wiec nie bój się, poradzisz sobie ze wszystkim. Musisz pamiętać o tym, że najważniejsze jest to, co TY o sobie myślisz i to czy opinia innych ma na Ciebie wpływ.

Więc jak? Dasz sobie przypiąć kolejną „łatkę”? Decyzja należy do Ciebie.

Ściskam Was mocno ❤

3_White_logo_on_color1_241x66

„Autodestrukcja” – kiedy sama sobie robisz krzywdę

Zanim cokolwiek przeczytasz chciałabym, żebyś wzięła czystą kartkę papieru. Narysuj na niej koło, a następnie określ procentowo, ile Twoich myśli w ciągu dnia zajmuje:

krytyka wobec siebie i własnych zachowań, w ilu procentach jesteś zadowolona z siebie i tego, co dziś zrobiłaś lub osiągnęłaś, a ile myśli w Twojej głowie krąży obojętnie na własne zachowanie tzn. zrobiłaś np. coś fajnego, godnego pochwalenia, ale machasz ręką, bo uważasz, że to nic takiego i jest to normalne.

Podziel koło według procentów. Co widzisz? Przy dobrych wiatrach myślę, że statystyka będzie mniej więcej taka: 70% krytyki, 20 myśli obojętnych i 10% zadowolenia.

Nie będę się z Wami tutaj licytować, ale przypuszczam, że u znacznej większości krytyka będzie zawsze sięgała ponad 50% koła. Dlaczego? Ponieważ krytyka „MAM” (nie tylko tych samotnie wychowujących), związana jest z przede wszystkim z podejściem do swoich dzieci. Wciąż nieustające wyrzuty sumienia, a to za brak czasu, a to za brak cierpliwości, za brak poświęconej uwagi, nawet za brak pełnowartościowego obiadu czy porządku w domu. Powodów można by wymieniać tysiące. Same wiecie, nie muszę Wam tego pisać. Te małe „demony” siedzą codziennie w Waszej głowie.

Statystyki nie kłamią, co roku rośnie liczba kobiet zmagających się z depresją. Wiedziałyście zapewne o tym, że samotne matki są bardziej narażone na depresję nerwicową, ale te, które nie mają żadnego wsparcia w codziennym życiu są narażone nawet trzykrotnie bardziej.

Skąd to się bierze? Przede wszystkim z braku rozmowy. Nie mówimy otwarcie o sprawach, które  nas przytłaczają. Problem w tym, że większość z Nas uważa, że poradzi sobie sama z problemami, że nie będzie użalać się nad sobą. Ciężko przyznać się do tego, że czasem zwyczajnie nie daje się rady, że nie ma się siły. Przede wszystkim dzieje się tak przez to, że jesteśmy wkoło bombardowani informacjami o „idealnym” życiu innych, którzy pozornie ze wszystkim idealnie dają sobie radę. Nikt nie zwraca uwagi na to, ze w głównej mierze są to tylko pozory. Inni dają radę to co JA nie dam?

Chciałabym, żebyście zdały sobie sprawę jak bezsensowne jest porównywanie się z innymi. Wiecie przede wszystkim dlaczego? Dlatego, że każda z Nas jest inna, została inaczej wychowana, dorastała w innych warunkach, inaczej reaguje na stres, inaczej myśli, inaczej wygląda jej sytuacja społeczna, finansowa itd. Mamy różne charaktery, różnie odczuwamy emocję, różnie reagujemy.

Prawdą jest też, że w życiu każdej matki są momenty lepsze i gorsze. Czasem wszystko się tak układa, że naprawdę nie potrzeba żadnej pomocy. Niestety momentami bywa tak ciężko, że bez pomocy się nie obędzie. Nie bójmy się o nią prosić.

Same sobie stawiamy zbyt wysoko poprzeczkę każdego dnia. Same wpędzamy się w poczucie winy. Postarajmy się sobie trochę odpuścić. Masz prawo być zmęczona. Masz prawo czuć się bezsilnie. Masz prawo mieć gorszy dzień i humor. Masz prawo do wszystkich uczuć.

Każda z Nas ma swoje potrzeby, swoje marzenia, zainteresowania, potrzebuje czasem wyjść do ludzi, odetchnąć. I co najważniejsze ma pełne prawo do tego, bo jest nie tylko matką, ale także kobietą. My kobiety-matki jesteśmy mistrzyniami w szanowaniu uczuć i potrzeb naszych dzieci i bliskich, ale często zapominamy o swoich własnych.

Podsumowując – jeśli w Twoim kole krytyka przekracza 30%  warto coś zmienić!

Z mojej strony mogę poradzić Ci wprowadzenie pewnego mechanizmu na koniec każdego dnia. Codziennie wypisuj sobie rzeczy, za które mogłabyś się pochwalić. Co fajnego, dobrego zrobiłaś w ciągu dnia. Przykłady?

„Zrobiłam dzisiaj wszystko, co byłam w stanie, aby uszczęśliwić swoje dzieci.”

„Dbam jak mogę o zdrowie i radość swoją i swoich dzieci”

Dodatkowo jeśli przez Twoją głowę przejdzie jakaś myśl, za którą się skrytykujesz, powiedz sobie w duchu: „Mam pełne prawo do czucia się tak jak teraz, nie muszę się  za to obwiniać”

„Zrobiłam tyle, ile byłam w stanie”

„Wytrzymałam tyle, ile mogłam”

Praktyka czyni mistrza, warto zacząć od małych kroków, by zmienić swoje nastawienie, a w konsekwencji życie. Tak więc głowa go góry, działamy!

3_White_logo_on_color1_241x66

Szczęście to nie tylko dzieci, czy udany związek – krótko o tym jak odnaleźć swoją wewnętrzną radość.

Kiedy ostatni raz z ręką na sercu możesz powiedzieć, że pomyślałaś o sobie. Postawiłaś siebie jako priorytet.

Zastanów się, kiedy ostatni raz byłaś szczęśliwa? Zapewne dziś rano gdy zobaczyłaś uśmiech swojego dziecka/dzieci lub wczoraj wieczorem gdy słodko spało/spały. Ale nie o ten rodzaj szczęścia pytam.

Zatrzymaj się teraz na chwilę i pomyśl, co lubiłaś robić zanim zostałaś mamą.

Pamiętasz jeszcze co to było?

Czy robisz to nadal?

Czy chociaż w najmniejszym stopniu robisz każdego dnia coś dla siebie, chociaż przez pół godziny? Czy całkowicie o tym zapomniałaś w ferworze codziennych obowiązków.

Wiecie my kobiety mamy naturze to, że dbamy o innych bardziej niż o siebie same, szczególnie jeśli chodzi o nasze dzieci i rodzinę. Zapominamy o sobie, bo przecież wszystko w koło jest ważniejsze.

Pamiętam doskonale dni, kiedy byłam już tak zmęczona codziennością, że nie zastanawiałam się nad niczym szczególnym. Dni uciekały a ja czułam się jakbym ciągle powtarzała te same czynności. W tym właśnie czasie powiedziałam sobie w końcu DOŚĆ, nie chce tak żyć. Przypadkowo trafiłam na filmik w którym było powiedziane, abym przypomniała sobie chwile szczęścia. Po chwili namysłu zauważyłam, że większość tych chwil związana była z pojawieniem się mojej córki. Dotarło do mnie, że kiedyś moje dziecko dorośnie, a ja nie będę wiedziała co ze sobą zrobić. Bo cały swój czas i swoją energie poświęcam jej i pracy. Postanowiłam zmienić swój sposób myślenia, harmonogram dnia i to był początek wielkich zmian.

Zaczęłam wstawać jeszcze szybciej rano, by mieć czas zrobić to, co wprawia mnie w dobry nastrój od samego rana. Wieczorem, kiedy położę już moją pociechę również robię coś przyjemnego dla siebie. Codziennie robię rzeczy które wprawiają mnie w stan relaksu i szczęścia. Skupiam większa uwagę na tym jak się czuje, co sprawia mi radość i mnie satysfakcjonuje.

Zaczęłam inaczej patrzeć na codziennie obowiązki i przestały być one dla mnie przytłaczające. Wybieram takie zabawy z dzieckiem, które sprawiają, że obie bawimy się dobrze.

Jeśli nie mam ochoty czegoś robić albo zwyczajnie nie mam na to siły, to tego nie robię. I nie chodzi tutaj o to by wpaść w skrajność lenistwa. Bardziej o to, żeby pozwolić sobie czasem na odpuszczenie.

Wiem, ze każda z Was jest bardzo silna i wiele przeżyła, pochwalcie siebie za to, doceńcie siebie. Tak dużo zniosłaś i wciąż walczysz każdego dnia dla dobra swoich dzieci.

Staraj uśmiechać się sama do siebie. Każdy dzień jest pięknym darem od losu nie zapominaj o tym. Poczuj tą wdzięczność.

PAMIĘTAJ! Nie musisz nic nikomu udowadniać.

Nie daj sobie wmówić, ze nic Cię więcej dobrego nie czeka.

Wiem, że gdy przychodzi choroba dziecka, problemy finansowe i wiele innych rzeczy ciężko odnaleźć radość w takich chwilach.

Ale uwierz mi, że dzięki zmianie swojego nastawienie będziesz również inaczej podchodzić do tych problemów. Jeśli odnajdziesz wewnętrzny spokój i radość łatwiej przejdziesz przez trudne chwile.

Napiszę teraz coś, co na pewno jest Ci doskonale znane „szczęśliwa mama to szczęśliwe dzieci”. I broń Boże nie namawiam Cię do tego, żebyś nie poświęcała czasu swoim dzieciom, bo to jest oczywiście równie ważne. ALE TY TEZ JESTEŚ WAŻNA. Nie zapominaj o tym proszę.

Lubisz czytać, znajdź na to pół godziny przed snem.

Lubisz ćwiczyć, ćwicz nawet z dziećmi.

Muzyka cię odpręża, załóż słuchawki gdy idziesz się kąpać lub gdy sprzątasz jak dzieci śpią.

Zrób cokolwiek dla siebie każdego dnia nawet niewielką rzecz, a zobaczysz jak zmieni to Twoje życie.

Wciąż zbyt mało uwagi poświecą się wpływu własnej psychiki i ciała na całokształt NASZEGO życia.

Trzymajcie się dziewczyny i obiecajcie mi, że zrobicie dziś dla siebie choć małą rzecz.

Pozdrawiam Was gorąco!

3_White_logo_on_color1_241x66